zwierzenie © heejwaajoo

.

.

.

.

.

.

Buduję czółno, a teraz piszę co piszę.

Psychologowie wytoczcie wszystkie powody:

autoterapia? — z pewnością,

itd. — tzn. niektóre z itd. ? — z pewnością.

Od siebie dodam jeszcze zapoczątkowywanie

królowania niebios.

Bo co to jest czółno ?

Jest to najprostszy sposób obudowania swojego tyłka i nóg,

konstrukcją pozwalającą sprawnie przewiosłować wodę,

i być na wyspie, na drugim brzegu, i być na wodzie.

Robi się je z tego , co jest w danym środowisku pod ręką —

na różne wody i do różnych zadań.

Dobrze, jeśli jest: szybkie, zwrotne, stateczne, pojemne,

lekkie i mocne.

Od bretońskiego okrągłego na bagna, przez indiańskie canoe

na rzeki i jeziora, do oceanicznych kajaków Aleutów i Grenlandii,

niczego po drodze nie pomijając

— czysta poezja.

.

.

.

Z ziemi, na której żyjemy nie uciekniemy, jednak możemy

czekać na jej przemianę — i ją współtworzyć.

Buduję czółno po to samo, dlaczego ćwiczy się tai-chi,

chodzi się do kościoła; to trochę tak, jak Australijczycy,

którzy swoją pieśnią trzymają Ziemię na orbicie.

To jest moje kolejne czółno, ale pierwsze budowane całkowicie

własnogłownie i własnoręcznie. Podobne w konstrukcji

i przyszłym wyglądzie do czółna Kutenajów, krytego skórą,

ale o niższym dziobie i rufie, co może dać na oko efekt podobny

do czółen z kory Odżibwejów.

.

.

Buduję bez planów, czyli rzeczywiście z głowy.

Robi się to tak:

— wymyśla się długość, szerokość i głębokość

— kładzie się i umocowuje stępkę wygiętą na końcach
w dziób i rufę

— wycina się na największą szerokość najszersze żebro,
stawia się je i przymocowuje do stępki,
czyli podstawowego wzdłużnika

— następnie bierze się dwa giętkie wzdłużniki

na prawą i lewą burtę,
wiąże się ich końce na końcu czółna
i obkłada przez najszersze żebro do drugiego końca —
i mamy kształt — kształt liścia.

— później wstawia się w ten zarys kolejne żebra
przywiązuje się kolejne wzdłużniki — wiele godzin, dni
mozolnej pracy i będzie gotowy powiązany szkielet

— nieprzemakalna powłoka — jest czółno.

Materiały tanie i dostępne w moim środowisku:

— stępka — rurka aluminiowa

— dwie listwy wzdłużne dna — dla usztywnienia drewniane

— wszystkie pozostałe wzdłużniki — rurka z PCV

— żebra ze sklejki

— sposób połączenia — wyłącznie wiązanie sznurkiem
z tworzywa sztucznego

— powłoka — płótno bawełniane,
impregnowane po obszyciu szkieletu.

.

.

Zważcie proszę, że nie chodzi o to żeby np.: sprowadzić

z Kanady do Polski korę na canoe,

nie chodzi o jakąkolwiek replikę, kopię, pietyzm.

Chodzi o uwidocznienie…

Chodzi o samo tworzenie.

I to nie jest droga od czółna do transatlantyku,

i to na pewno nie jest ta droga.

Ale o co tu chodzi ?

Chodzi o to, co jest do powiedzenia:

Nie bądź z miasta

i nie bądź ze wsi.

Niech twój korzeń sięga głębiej,

rośnij wysoko.

.

.

.

Gdy masz do przejścia lub przepłynięcia gęsty pas zarośli

przed tobą, nie wyrąbuj ścieżki.

Nadmiernie nie obciążaj się sprzętem.

W lato aż nadto wystarczy nóż,

dopiero w zimie przydać się może siekiera.

Poszukaj przejścia, podejdź bliżej, a znajdziesz drogę

wydeptaną przez wodę lub wiatr.

A ognisko, to podstawowe — naucz się je palić.

Pali się to co suche, obumarłe i kruche,

a więc niczego nie musisz rąbać i ścinać.

Nóż jest aż nadto…

Niczego nie pomijaj.

Nóż jest aż nadto do ucięcia i zaostrzenia gałązki,

na którą nabijesz jedzenie do pieczenia. Może być ser,

tak może być ser podpieczony — jest dobry.

Ale tam gdzie nie ma niczego innego musi być zwierzę.

I tu nóż nie jest aż nadto.

I tu podstawą jest odpowiedź na pytanie: Jak ?, Jak zabijasz ?,

Jak to czujesz i rozumiesz ?

W wymarzonym kraju, w Narnii, zwierzęta podzielono

na mówiące i nie mówiące — nie mówiące wolno było zabijać.

To sprytne, ale … to za mało.

.

.

Znam przygarść ludzi, i jestem w przygarściach innych.

Są wśród nich tacy, którzy wyjawiają tęsknotę. Jak to jest ?

Na pewno lepiej jest wyjawiać tęsknotę, niż udawać że jej

nie ma. Na pewno dobrze jest coś w imię owej tęsknoty robić,

tak ją wyrażać.

Jak to jest ?

Mam teraz swoje ileś lat,

wcześniej miałem te swoje mniej,

może będę miał te swoje więcej, i co ? —

i jeszcze się do życia nie przyzwyczaiłem.

I co ? — bo podobno człowiek zaczyna być w niewoli

dopiero wtedy,

gdy zapomina, że w niej jest.

Może to i dobrze. Może trzeba śpiewać pieśń,

która utrzymuje Ziemię na orbicie.

Może i dobrze jest zbudować czółno i popłynąć na wyspę

(na realną, do nazwania wyspę, na realnej rzece w tym kraju) —

popłynąć na wyspę, jakby miało się tam umówione spotkanie

z aniołem, w ważnej sprawie.

.

.

Sztuka dla sztuki ? Tak.

Ale mówię: przyroda dla przyrody.

Bo nie da się, czuję, żyć w sztucznym środowisku.

Mówiłem sobie, że obchodzi mnie przyroda i sztuka,

obszar pomiędzy pomijając. Przejawem kultury są przecież

wszystkie sposoby wiązania krawata — i to nas trzyma,

i to nas trzyma.

.

.

Mam jeszcze w uszach szum i pluski niewysokiego wodospadu

pod żelaznym mostem, siedziałem tam w słońcu w twarz,

na kamieniu w szumie i pluskach.

I oto: — jeżeli prawdą jest cała jaskrawość — a jest.

— jeżeli prawdą jest barwa, nasycenie, promieniowanie
kory sosny ,wysoko na pniu, w świetle schodzącego słońca —
a jest.

— jeżeli prawdę przedstawia nam obraz „kwitnąca gałąź
migdałowca” — a przedstawia,

— to nie czas już na owijanie w bawełnę

— to podstawą jest to, czy ktokolwiek, kiedykolwiek,
gdziekolwiek, wypowiedział te słowa:
„Eldil zbliża się do nas nad wodą.”

.

Bo jest tak, że jeden człowiek napisał, że drugi człowiek był

na dwóch planetach i doznał czego doznał, i ten pierwszy

spisał to w formie książki, bo obaj doszli do wniosku, że inaczej

nikt im nie uwierzy, a tak to wiadomości do kogoś przenikną.

I dobra.

I teraz, wbrew pozorom i naszemu lenistwu, podstawą jest

odpowiedź na pytanie, czy to się rzeczywiście wydarzyło,

czy nie jest to aby podwójny zabieg literacki.

Wszystko wskazuje na podwójny zabieg literacki, bo czyż

prostym opisaniem rzeczywistości są „Podróże Guliwera” ?

A jeżeli „Trylogia Planetarna” C.S. Lewisa jest

prostym opisaniem. A jeżeli jednak, wbrew pozorom jest ?

.

Więc mówię: nie czas na owijanie w bawełnę, nie czas

na przypowieści. Sztuka w swoim poprzednim kształcie

już się przeżyła. Po raz kolejny zapewne.

A może ostatni ?

Trzeba mówić wprost i nikogo nie łudzić.

Nie mówię przecież, że zjawy z oczodołów są mniej realne

od rosnącego drzewa – nie mówię tak, bo one są

i można je opisać. Ale trzeba rozróżniać.

.

I podstawą jest odpowiedź na pytanie: gdzie jesteśmy ?,

i jak daleko od pierwotnych Czukczów, w których była

modlitwa, i modlili się przed i po zabiciu wielkiej ryby ?

.

.

Kolejny powód, dla którego buduję czółno.

A dlaczego piszę ?

Żebym nie musiał mówić. Żeby powiedzieć i już nie mówić.

Powiedzieć tylko to, co wiem, co widzę, co czuję,

i ani źdźbła więcej,

ani źdźbła więcej.

Jeżeli J.R.R. Tolkien pytany, jak to co napisał wymyślił,

odpowiada uparcie, że nic nie wymyślił, a tylko odkrył —

to co to znaczy ?

Czy odpowiada tak, żeby w tym co tajemnicze okryć się

dodatkowo mgiełką tajemniczości ?

Hmm…

Jeżeli na podobne pytanie tzn.: skąd to wziąłeś ?,

odpowiedzieć: z głowy, — to skąd wzięło się w głowie ?,

i dlaczego takie ?

.

.

Zresztą: wsłuchajmy się w śpiew niektórych pieśniarzy

i pieśniarek — jak w nim drgają i falują głębiny niebios.

Dobrze jest, jeśli ktoś taki śpiewa po angielsku,

a ty angielskiego nie znasz, po francusku, a ty francuskiego

nie znasz, po łacinie… — pewno też po polsku,

a ty jesteś nie wychylającym nosa z domu Chińczykiem.

Dobrze mówił ten, kto powiedział, że czujemy raj, eden, niebo

— bo to wspomnienie.

Nie widzę innego wytłumaczenia.

To jest coś co było, i jest tuż za ścianą.

.

.

Ale wróćmy do czółna i na czym to polega ?… życie tu.

Na wszystkim i na bardzo różnym — na działaniu i na

powstrzymaniu się od działania, i …

I ani źdźbła więcej.

Powiedzenia. Na przykład:

— „Tak to bywa: koń utonął, łańcuch pływa.”

— „Kombinuje jak koń pod górę”

Tak, kombinuję jak koń pod górę, ale z pewnością

i na szczęście, nie tylko ja siebie prowadzę.

Każdy ma dowody na to na swojej drodze,

i w naszych losach wspólnych.

Tutaj, w tej wszechogarniającej dziedzinie,

wystarczy uciszyć się i wsłuchiwać.

.

.

Naucz się widzieć fantastyczne chmury na niebie,

pod którym codziennie wędrujesz.

Tym samym są przecież,

co te widziane przez ciebie na wyjeździe.

.

.

Czółno jest już gotowe.

Szkielet obszyty płótnem.

Płótno nasączone pokostem — teraz schnie, już dosycha.

Na wzniesionym dziobie czółna, na cześć jednego z moich

duchowych przewodników, namalowałem oczy.

Do rufy nie będzie przywiązany lisi ogon,

może czasami kilka gałązek, może trzcina.

Pogadam teraz sam ze sobą o kolorach.

Kiedyś, przed budową poliestrowego, morskiego kajaka —

dzielnego He-ej wa-a jo-o, myślałem o barwie dla niego.

Nic nie pasowało, i jest biały.

Nazwa przyszła później, i da się ją zawołać, zaśpiewać …

Teraz pokrycie czółna jest powiedzmy żółte,

i wynika wprost z połączenia popielatości bawełnianego płótna

i nasyconej żółtości lnianego oleju. To wszystko.

Zaręczam, że nie straszy, jak nie straszy swoją barwą

brzeg rzeki. Nie straszy kolorem piasku, ziemi, zarośli.

.

.

A teraz sławił będę rzekę, nazwaną rzekę, w nazwanym kraju,

rzekę nie całkiem jeszcze zepsutą głową i ręką człowieka.

Był oczywiście pomysł zrobienia z niej wody płynącej

betonowym korytem w miastach, i dokładnego uregulowania

jej biegu hydrotechnicznymi, zawodnymi sztuczkami,

ale dzięki błogosławionemu brakowi środków

nie jest kontynuowany.

Rzeka nazywa się Wisła, kraj Polska.

Znam tę rzekę w jej środkowym biegu,

gdzie niewiele jeszcze człowiek namieszał.

Zauważ jednakże, drogi czytelniku, że to raczej wybrzeże

wzbudza nasz zachwyt — napisał Tatuś Muminka.

Rzeka sama z siebie zmienia ciągle swoje brzegi i dno.

Powierzchnia wzajemnego przylegania wody i lądu

jest jak taniec.

.

.

Co pewien czas płynę kajakiem na tę samą wyspę,

a jednak nową. Ostatnim razem przybijałem w tym miejscu

do jej brzegu, i było tu …

łagodnie podnoszące się ku wyspie piaszczyste dno.

Teraz płytki, rwący po grubym żwirze nurt.

Od kilku lat kamieni tu nie było. Ciągnę kajak za sobą na cumie,

idę ostrożnie, i co kilka kroków noga wpada do połowy uda.

Wielka woda naniosła — widać — piasek,

przykryła go warstwą kamieni. Jest groźnie, trzeba uważać,

bez kajaka pod ręką byłoby strach.

To jest wielka Wyspa Mew.

Gnieździ się na niej kilka gatunków tych ptaków,

i wiosną do czerwca, nie można na niej w spokoju odpocząć.

W tym roku przesypiałem na niej w półcieniu południowy skwar,

i długo nie pobyłem. Gdziekolwiek by się na niej nie zatrzymać,

krążą nad człowiekiem, nadlatują, odlatują i wracają.

Nie na tyle agresywne, żeby atakować,

wydzierają się jednak bez przerwy.

Widziane z dołu, prześwietlone słońcem są piękne,

ale trochę za głośne.

Wyspa Mew w swej najwyższej, zadrzewionej części,

wiele się nie zmienia.

Linia brzegowa jej piaszczystych łach i wydm jest co roku inna.

.

.

Oczywiste jest przecież obrzydzenie,

jakie czuje człowiek w czółnie do betonowych nabrzeży.

Jak można chcieć raz na zawsze wyznaczyć i utrzymać

granicę lądu i wody ?

Jak można tak sobie szkodzić ?

.

.

Jakieś dwa kilometry wiosłowania pod prąd

i jestem na Wyspie Eldila. Mała, ale nie wysepka.

Jest mała, ale jest na niej co potrzeba.

Drzewa — wierzby i topole, piasek wiślany dobry jak morski.

Od strony nurtu zalesiona, płukana wodą, opływana, półokrągła.

Wysoka na środku, schodzi do wody stromą wydmą

z jednego boku,

a z prądem – długą, okresowo błotnistą lub suchą łachą,

wąską na końcu.

Wyspa Eldila cudowna jest po opadnięciu wiosennej wody.

Umyta i wyczesana przez mocny prąd,

osuszona przez wiatr i słońce, z przychylonymi trawami.

Zmieniona jest,

gdy przypłynąłem na nią po wielkiej, letniej wodzie.

Niska łacha zmieniła się w wysoki klin.

.

.

W pochmurny, ale niezbyt ciemny dzień, pod wieczór,

siedzę na piasku, pod skarpą wysokiego brzegu rzeki.

Patrzę na nieodległą stąd Wyspę Mew.

Przyszedł mi do głowy — skąd przyszedł ? —

a skąd ja mam wiedzieć ? — taki pomysł: wydało mi się,

że jedynym powodem, dla którego ta wyspa nie schodzi w głąb

jest w s p ó ł c z u c i e .

Bo tyle na niej ptasich gniazd. Bo tyle tutaj towarzystwa.

Woda, ptaki różnie latające, piasek, drzewa, zioła, zarośla.

A i bobry, których ślady widziałem tu na wszystkich brzegach,

i ryby zapewne, i cała reszta drobiazgu.

.

.

A teraz chcę się trochę niegroźnie pozłościć, i powiedzieć

czego nie cierpię — pomijając miasto, miasto pomijając.

Nie cierpię jechać drogą, wzdłuż której nie kończą się miejscowości.

Niby drzewa widzę i łąki, a jest tak,

że kończy się jedna miejscowość, wieś czy miasteczko,

i tam gdzie kończy się jedna zaczyna się druga,

druga się kończy i już jadę przez następną,

i następną, i następną….

Tego serdecznie nie cierpię.

Lubię za to jechać przez miejscowość i przekonać się,

że za nią jest kilka lub więcej kilometrów lasu —

i lubię po kilku lub więcej

— im więcej tym bardziej lubię —

kilometrach lasu,

napotkać i przejeżdżać przez ludzkie osiedle.

.

.

Tak jest.

I jest tak, że:

wielkim naszym nieszczęściem jest specjalizacja.

Bez patosu i metafizyki proszę…

A więc bez patosu i transcendencji mówię:

Wielkim naszym, ścierającym dusze, nieszczęściem jest

specjalizacja.

Każdy normalny Eskimos buduje kajak co pewien czas.

Co pewien czas, jeden raz lub kilka razy w życiu,

konstruuje szkielet

— co pewien czas wymienia poszycie kajaka.

Poza tym robi dziesiątki innych, równie potrzebnych rzeczy.

Do tych potrzebnych zajęć i sposobów

należy także pływanie kajakiem.

.

.

Nienormalny Eskimos robi z budowy kajaków, czy z czegoś innego,

zawód — i gorzknieje… i dziwi się temu,

że gorzknieje, i nie przyznaje się do tego,

bo przecież robi to co lubi.

To takie proste.

On lubi budować i zbudować kajak, i pływać kajakiem.

On lubi — i to dodaje mu sił — zbudować jeden kajak rocznie.

No powiedzmy, od jednego do trzech, bo jeżeli bardzo lubi,

to te dwa pozostałe dla krewnych i znajomych,

i przy ich pomocy.

Ale ten nienormalny człowiek uczynił z budowania kajaków zawód,

i buduje przez cały rok, i ściera się przy tym, i jest smutny,

i dostaje za to pieniądze, które wymienia na jedzenie

i różne rzeczy, ale wcale już nie wiosłuje,

nie cieszy oka, ucha i nosa.

.

.

I tak jest.

Sprawdźcie, czy tak jest.

Uczyńcie z ulubionego zajęcia zawód,

a będziecie dzień w dzień robili to,

co kiedyś było twórczością.

To jest zawód.

.

.

Wodowałem już i wypróbowałem czółno.

Pływałem sam i pływaliśmy po lagunowym jeziorze,

po falach Bałtyku, z prądem i pod prąd Wisły.

Służy pięknie. Wiem już jak w nim wiosłować

zależnie od wody i wiatru. Jest dzielne.

Dzięki powabowi kształtu

i niespotykanemu dzisiaj materiałowi poszycia,

przyciąga oczy i ręce tych, którzy się na nie natykają.

Poszycie czółna jest przejrzyste.

Podczas wiosłowania widzi się każde poruszenie wody

pod dnem i wzdłuż burt.

Pod dnem przesuwają się jak płomienie bąble i bąbelki powietrza.

Płócienne poszycie zależnie od temperatury powietrza i wody,

jest napięte jak skóra bębna,

lub pofałdowane — i wtedy linia wody,

widziana od środka czółna, jest w drobne fale.

Takie jest czółno. I znalazła się dla niego nazwa,

zawołanie: Ha — Chłeda .

I znowu, tylko odpowiednia intonacja

pozwala wymówić to imię, tak jak brzmi.

Tylko wtedy ucho je z tłumu wyłowi.

.

.

Popłynąłem w dół rzeki, dalej trochę.

W okolice dawnego ujścia rzeki do rzeki.

Okolica szczególna, jak wiele miejsc tutaj.

W pobliżu dawnego ujścia była, zawsze odkąd pamiętam,

najwyższa wyspa w tej okolicy.

Wzgórze pośrodku rzeki, opływane z obu stron mocnym prądem.

Wysoki grzbiet wyspy

porastała gęsta, głęboko zakorzeniona trawa, zioła różne.

Rosły na niej wysokopienne olchy, topole i wierzby.

Po zimie, na jej przyczółku piętrzyły się grube tafle lodu.

Podpłynąłem teraz, i gdyby nie znajomość okolicy,

nie poznałbym jej.

Górne dwie trzecie jej masywu zniosła widocznie woda.

Ani śladu trawy, rzeczny piasek tylko, kilka kęp wierzbiny,

kilka przewróconych, nie uniesionych jeszcze prądem drzew.

Aż trudno uwierzyć. Nie było przecież wyższej wiosennej,

ani letniej wody, niż w poprzednich latach.

Nie wysiadłem na jej brzeg, nie pochodziłem po krzakach,

nie powąchałem, nie popatrzyłem —

koczowała już tam gromadka rybaków.

.

.

Gdy wędrujemy, gdy płyniemy, gdy zdani jesteśmy na pogodę,

— zawsze i ciągle co pewien czas patrzymy w niebo. To dobrze.

To dobrze, prawda ?

.

.

Na miętę i wrotycz, miodunkę i piołun —

mam do nas wielką prośbę.

Nie regulujmy już tej rzeki, ona była i jest

genialnie uregulowana.

.

.

Spytajcie tych najmniejszych:

bobra, siwą czaplę, zimorodka, wiewiórkę,

i człowieka w czółnie, i wielu różnych innych –

pytajcie ich: co jest piękne ? –

oni wam powiedzą

.

.

. kła kła

.

Wyspa Mew, Sierpień 2000

.

.

Każdy z nas jest jak ta drobina pyłu w promieniach słońca

Każdy z nas jest jedną z wielu drobin

i ich zbiorem w promieniach słońca

Każdy z nas jest środkiem i osią wszystkiego.

Jak to pojąć ?

Tak to pojąć

Po prostu

!

!

!

!

Popatrzyłem na odległą postać człowieka na rowerze

i nic mi nie zaprzeczyło

.

Spoglądałem w twarze ludzi na ulicy

i nic mi nie zaprzeczyło

i było mi dobrze tak patrzeć

.

Drzewa i zwierzęta to oczywistość

ale już przed domem

spojrzałem na pewien betonowy słup

i o dziwo, o dziwo

nic mi nie zaprzeczyło

i chyba nie rozumiem

ale nie muszę —

— widocznie tak jest.

.

.

Napinając i rozluźniając się

napinając się i rozluźniając

skóra czółna jednak się rozciągnęła.

Trwale chyba jest pofałdowana

i czółno straciło pewnie na szybkości a i wyglądzie.

Nie wymienię jej jednak

aż się zużyje.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

 


%d blogerów lubi to: