łowiskod © heejwaajoo

____________________________________________________________________

list pozostałego

.

.

drogi

napisałeś zawarłeś i otwierałeś wszystko

w tym jak przystępujesz do mnie nie do mnie

wszystkiego jest tyle że

na dal ku zbliżeniu będę ciągnął w tym sznurze

.

kiedyś zdawało mi się że przebywam gdzie indziej

widzę teraz owe baloniki na uwięzi u sznura

wyglądają jak puste nadymane haki

ciągnione kłusowniczo za żaglową łodzią

nie jak kaczki łabędzie żurawie bociany ptaki

.

mógłbym i teraz zakładając leczenie

wtłoczyć się w balonik

ale myślę że świadomość pół błazeństwa baloników

nie może mnie opuścić

za daleko

.

sprzeniewierzając się

mógłbym podfruwać podlatywać

sprzeniewierzając

.

sznur jest gruby pokrętny długi i przez to ciężki

zasługuje na miano powrozu

na raptowny stryk się nie nadaje

potrzeba by zdolnego kata by uplótł gładko ten węzeł

stryk jednak powolny długo się zaciska

trzaśniecie kręgosłupa jakoś mi się nie widzi   ale

powróz na pewno który ciągnę którym ciągnę

na którym jestem prowadzony

chyba żeby uszyć dobrymi nićmi

balon o wielkiej sile udźwigu

i taki musiałby okazać się tym oczom bezbłazeństwem

uniósł by

sznur

– – –

zszedł na mnie jakiś dziwny spokój

bywa że ludzie tak mówią

dobry zszedł

i wierzę że ty znalazłeś ukojenie

zasłużyłeś na nie jak mało kto

jak nie ja

bywałeś nikt

– – –

us po kaja mnie życie

nie wiem jak mam mówić

spóźniłem się z listem

lecz czy byłby pomógł

.

twoje słowa czytam aż wyję z radości

i bywało radość nas rwała nad tym samym wyrazem

twoje słowa czytałem że aż radość dojmowała wątpia

tak jest trzewia wątpia

kocham cię

wybacz cię nie piszę z dużej

piszę do człowieka

i myślę że biłeś bywało dla własnej korzyści

przez nieopatrzność z natury jak ja

i gdy się broniłeś doraźnie i złudnie

jak ja

.

chciałbym przystąpić do ciebie

lecz nie na błysk olśnienie uniesienie

na zawsze

.

.

.__________________________________________________________________________

drugi list pozostałego

.

.

w ołtarzewie jak i w ożarowie

gdzie ptaki śpiewają głośniej

nie wiadomo dlaczego

gdzie się przyplątałem

właśnie podczas wieczornego chodu

z ożarowa do ołtarzewa

w chwili wydechu dymu i około

bardziej przed dolna wargą

uczułem na ułamek twoją obecność

jak pogładzenie żywym piórem

.

ostatnio to jakbym ja przyszedł do ciebie

nie czułem chyba byś przy mnie był

albo inaczej

– – –

chciałem ci powiedzieć

dlaczego jeszcze żyję

po prostu dlaczego nie popełniam samobójstwa

chociaż w sidłach

i dręczą mnie zewsząd granice

o nie się obijam i widnokręgi gryzę

a to wszystko dlatego że wiem o klatce

że jest poza nią

i pod stopą każdego kroku czuję niespełnienie

.

więc żyję

też bo

nachodzi mnie w ogromie

rozpacz tej co mnie zrodziła

i rozpacz ojca

głęboko bez wytchnienia

bez ustanku

i ciągłe pytanie dlaczego

bez odpowiedzi oczywiście

lecz co więcej

bez możliwości ustania pytań

.

i nadto

samo zabicie się syna

uświadamia nieodzownie wszystkie

samobójstwa zawsze

jak przechodząc obok grobów w zielsku

ze zwalonym płotem za obrębem porządku

cmentarnego z bratkami

pomyślałem że jest to cmentarz wieczny

lub najstarsza jego część

a dalej groby dzieci

.

więc nie mogąc rodziców skazywać

na udrękę

której ziarno tkwi we mnie smakiem potępienia

więc nawet gdyby nie ustanowili winy swojej

w sobie

rozpacz by ich nie minęła

rozpacz by ich nie minęła

.

a więc jeśli ufać

i tym którzy świadczą

jeśli ufać wspomnieniu o sobie

czy mogę taki ból wszczepiać

tym co mnie spłodzili i doglądali

że urosłem

.

więc jeśli ufać

czy mogę

temu który więcej wie

podobno wszystko

który obejmuje czego ja nie zdołam

który mnie obejmuje

ból jest myślę rzeczą ludzką

ale

czy mogę zapisywać na rachunek

moje samo bójstwo

on wie że i siebie się boję

żarem trawione wnętrza moich rodziców

i to że zgubiłem

i że jeszcze raz „tutaj” zgubiłem

i że nie znalazłem

że już nie szukam

– – –

wstaję

wkładam do kieszeni kartki

jedną z trawy drugą z ręki

gdzieś w tył od kamienia

patrzę

mówię  co za chuje podpalili drzewo

płonie

podchodzę spokojnie się skradając

kraść siebie

nad brzeg stawu

potem bliżej

wierzba płonie

jakby wcześniej gromem wypalona

wewnątrz miejscami rozżarzona jaśniej

gałęzie liście zielone i świeże

trawi ogień

pomyślałem czy duchowni

którzy wcześniej przechodzili widzieli

wokół stawu rybacy spokojnie grupkami

żyłki w wodzie

odchodzę

.

i naszła chwila rzewliwa

bo chciałem zostać z nią

do świtu

– – –

a treść ta była umyślona

mniej więcej w trakcie wymawiana

pisana później

uwłaściwiona

na ile pozwalała wiara

.

i się nie myli

że wierzba płonęła aż tak naocznie

.

góra lodowa tam

gdzie szczyt nad powierzchnią

nie gdzie indziej

– – –

kłam jakiś się skrada

lubo kłam odkryłem

w sztuce zawsze

pomiędzy

myślą mową pismem

.

bo słowo nie kłamie

jest wolne

ono jest rzeczą

bardziej

niż ja wcale    czasem

udzielam mu energii

– – –

zdaje się

że im dłużej się „żyje”

tym się bardziej do „życia” przyzwyczaja

do herbaty powiedzmy

.

i zdaje się

że się zawsze zerwie

– – –

różnie prosiłem już o śmierć

raz pamiętam o zachodzie słońca

na berlińskiej stacji

o śmierć spokojną powolną

jak pryzmat powietrza tamtej pory

a kiedy indziej w świdrze

o natychmiastowe

zakłucie

zaa biij mnie….po wielokroć wmawiałem

błagałem jak tylko umiałem poważnie

i bezpośrednio

– – –

zerwie się jednak z granic horyzontów

– – –

irmgarda

– – –

płonąca wierzba

przy niej zostać

zostawałem

nie udawało mi się z nią zabrać

– – –

wiem że jeśli się zabiję

nie będzie to w zwątpieniu w ducha świętego

nie w rozczarowaniu

ono nie może mnie zabić

nie może mnie rozczarować świat a więc bóg

bo nie mogę sądzić o nim z bezwzględną pewnością

.

stało by się w zwątpieniu w siebie

i obnażyło by ostatecznie zadufanie w sobie

że jest

i tak ślepe

co nadal czuje mi się bezwstydnym

.

więc

moje samobójstwo było by klęską

.

.

nie wiem jak było u ciebie

.

wiem że można nie ścierpieć

.

.

.

_________________________________________________________________________________________

.

.

.

.

narasta we mnie

niepokój

czuję jego ciężar

wewnątrz

.

mam chęć do ręki wziąć

nóż i drzewa kloc

.

wyrżnąłbym ciężkiego

złego

nożem z kloca drewnianego

widzę go

i cisnąłbym go

w nurt ode mnie rwącej rzeki

.

.

.



.

.

.

to odczucie przeczucie

wyrazić przekazać

poświęcić życie

znikoma siła

paraliż

słowo

.

pamiętam

kula ziemska okrąża słońce kilka może razy

od chwili gdy patrzę na obraz tymi oczami

w domu gdzie mieszkam z rodzicami

pomagam posłać tapczan wieczorem

gdy otwieram pokrywę

czuję                          ogromny ciemny

                                          przestwór

we mnie

czuję

pamiętam

to jestem ja

tak ogromny odrębny sam tylko ja

to właśnie ja

.

mówiąc to wiem

wszyscy to samo

niektórzy wiedzą

jak niemożliwe

jest po rozumie nie

.

.

.


.

.

.

ręce na skórze bębna

wybijają zmienny rytm

.

tykanie budzika w ciszy

suche miarowe narastanie

szaro mnie ukamienia

i ciąży ciążę

ku środkowi Ziemi

i nic

tylko ciężar

i tak jak bym zabił

albo mnie zabito

ciężko i strasznie

lecz gdzie

.

poruszam ręką

ruch ręki nie wychodzi poza

mój ciężar i tykanie dźwięku

.

.

.


.

.

.

trójka   jest żółcień ciepły kaczeńca

kurczęcia zakurzony puch

siódemka   zaciemniony fiolet

dziewiątka   granat jak czerń jak sadź

piątka   jak rubin czerwień

nerw gorączka krew

dwójka   jest szarość

czwórka   kryje brąz

ósemka   cegła i mak bardziej w głąb

szóstka   ta zieleń rozcieńczona

jedynką   biel przechodzi w popiół

spowolnij rytm

.

a teraz weźmy zestawienia barw

obrazy liczby słowa

mary majaki sny

wgląd jakby wgląd przez oczodoły głowa

.

.

.


.

.

.

w różnych kierunkach przebiegają linie

i nanizują oczy

.

oczy to ledwie sprzężone mimośrody

których źrenice osie otwory

dążą w punkt ciężaru

aczkolwiek

wobec ścisłości dziur

podczas linie nizają

wzrok pociągany zostaje    wraca

.

miejsce nietrwale się odkształca

.

.

.


.

.

.

jest zapałka

wsadzona w ziemię

siarczaną główką w górę

a ponad suną obłoki

.

z ziemi czerpie soki

i rośnie rośnie

wzwyż

zapałka

.

i jest że zapałka sięga chmur

wtedy draśnięcie

ogień

ogień

.

i jest że chmury gradowe

i jest że obłoki białe

i jest że nie ma

wtedy dalej

.

.

.


.

.

.

otępienie przyszło

słowa na zewnątrz suną

w ciemnym schronieniu tkwię

słowa marionetki na tchnienie moje czekają

.

ja marionetka na tchnienie czekam

.

ja marionetka słów marionetek nie czekam

w ciemnym schronieniu tkwię

słowa na zewnątrz suną

otępienie przyszło

.

.

.


.

.

.

strzeż się spojrzenia w księżyc przez lewe ramię

oko skręca i chłonie siny blask w oponach

obce budki na ptaki niewidome znamię

w brzasku dnia milczący jak bezwiednie kona

.

już lepiej uwalniać cień choćby ciężaru

niż zamilczeć w kamień jeśli nogi plącze

tam u styku z ziemią a kamień pół w głębi

wewnątrz jądro erozji zieleni się żrące

.

nijak się w piasek przetworzyć nie zdoła

a kamień taki choćby gdyby jakby

za kołnierz nie wsypie w rękawy nie wpadnie

więc ciężar znowu wyjne kręgi woła

.

to mi naszło lepić co się tu znajduje

i niech nie wydaje że odsłania wistość

a rzeczy grupkami spostrzega się lecą

nad sosnami jak wrony na północ co rano

.

a baranki groźne podczas pełni stoją

nie ma jak zawrócić zwrotki

gdy opowiadamy o agresji w wódce

nadlatują łagodnie miękkie kamuflaże

.

no i patrzę gdzieś stamtąd

gdzieś stąd tam tak tutaj

jak się wolno i wyjnie

aster na nice ukwieli

.

.

.


.

.

.

taki film

jedno ujęcie

ujęć wiele

.

olchowy zagajnik

rozlany potok

człowiek idzie

pole

słońce

sosnowy las

powietrze

łąka

młode brzozy

pole

kępa buków

łąka

słońce

obecność ducha

łąka

sosny

leśne wzgórze

jałowce

łąka

dwa ptaki

dwa zające

słońce

pole

człowiek idzie

potok

zagajnik

.

dłużyzn wiele

jedna dłużyzna

taki film

.

.

.


.

.

.

ja tutaj od ściany do ściany

a on tutaj

niedaleko rozstai dróg

gdzie krzyż

w kuchni wiejskiego domu

na łożu leży

.

blisko jego rąk spoczywających na kołdrze

nóż i kapliczka

jeszcze nie dokończona

patrzą z niej twarze

jedna twarz

to jego twarz

patrzy w powałę

lub w okno u swoich stóp

nawiedzony

koło łóżka skrzynia

w niej figurki

Pan Jezus Maryja

niedokończone jeszcze

od Wielkiej Nocy choroba

cięższa jeszcze niż przedtem

.

dzisiaj byli tutaj krewni

najpierw wszedł jeden

syn brata ojca powiedział

prawie go poznałem

mówiłem o tym że się

takiej dobroci Boga nie spodziewałem

przyjeżdżali z miasta

oglądali kupowali

to co zrobiłem kapliczki postacie

na wystawy

do domów

.

później dwie kobiety weszły

widziały nocnik przepełniony

i ten błysk w oczach mojej córki

gdy mówiła

toż on za to pieniędzy nabrał

.

a syn tego co już siedział

patrzył na kapliczkę

jakby coś poznawał

i zaraz poszli

a ten młody podał rękę

na pożegnanie

.

.

.


.

.

.

wiem

jestem przekonany

jest bywa czas gdzie

uważnym będąc

mogę dowiedzieć się

czy przesunąć pudełko po blacie stołu

czy nie

.

nie wiem

co

gdy tak

gdy nie

– – –

bywa

bywa

i

o krok jeden jestem

od wypowiedzenia

i niech to wszystko szlag trafi

lecz

wiem

.

słowo ciałem

może już wypowiedziałem

gdzieś na pewno

.

więc

jeśli czas siódmy próg

nie wolno mi nie chcę

.

tak

lepiej abym szeptem w środku

mnie śmierć

niźli tobie

.

.

.


.

.

.

to jest piękne że wiedział

i dobrze że po wiedział

twa jedyna ostatnia stacja zwie się cierpienie

.

czasem nie wystarcza że jest nam wspólne

bo i co z tego jeśli każdy

można krzyknąć

.

ale dzisiaj że ujrzałem

ogarnęła mnie radość

.

i spłynęła nie zabierając ze sobą

jak fala morska

czy zbyt mała czy ja za ciężki

już jestem suchy

lecz jednak przeczuwam

w środku krople soli które osadziła

.

.

.


.

.

.

historia tego dnia rozpoczyna się

od chwili kiedy napotkano wzrok sosny

która patrzyła w oczy swojemu oprawcy

myślącemu właśnie nad wykonaniem pewnych skrzynek

i doborem drewna na nie

.

.

wzrok dzielny

na

ku wewnątrz i ku zewnątrz wzrok

na granicy stoją oczu przeźroczyste pryzmy

nie widzę w tej krainie żadnych widnokresów

.

.

gdy słońce nałożyło światło

na drewno

twarde słoje zalśniły

jako że się tak nie uschły

i pozostały w górze

na domniemanej powierzchni desek

.

słońce oświetliło też załamane wejścia

do pomieszczenia

i pozostawiło w półcieniu

krzyż nad wewnętrznymi drzwiami

.

.

.


.

.

.

idę po nici

w kłębek mitu

że kiedyś znałem

.

przemieszczam się jestem w drodze

śnieg jak piasek o twarz

wyszedłem

– – – – –

– – – – –

– – – – –

a jeszcze przystanąłem obok kościoła

i słuchałem śpiewu co by ukoił

gdybym wszedł

– – – – –

– – – – –

– – – – –

.

zaiste

roszczę sobie prawo do ratowania duszy

.

.

.


.

.

.

zegar to

jak

ująć rzekę w betonowe koryto

proste

na dnie szerokiej doliny

zniwelować meandry błędne

zakola doliny rzecznej o stromych brzegach takoż

.

wtedy pozostaje

skokami słuchać mechanicznego narastania nurtu

płynnemu przyśpieszeniu oddać się

w obłęd

.

.

.


.

.

.

pluszczące to rzeki

rzecz to niesłychana

by lustro po odejściu

swojej wizji pana

jeszcze długo nie długo jeszcze długo potem

twarz jego wykrzywiało

i kładło pokotem

.

w jego plecy roślinne

uśmiech wpijało drwiący

ściągało brwi gięło wargi włosy gładziło pieściło

i tworzyło go z litością niezdrowo gorącym

.

lecz lustro spoważniało

gdy się nim nie zająć

z gębą trwa kamienną i utkwiło oczy

jak dzieci co transy zabawy miewają

.

.

.


.

.

.

tak w tym ranie

dzisiejszy dzień się urodził

.

że wszystko zapisane już

to pewne

pod obrazem z ptaków

sosen   sztywnych liści dębu

za tropem psa i przeczuciem kota

pod obrazem z bladego światła i wiatru

.

bo jeśli byś nie zabił dunkana

było by także zgodnie i według

.

.

.


.

.

.

nie chciałbym być bydlęciem

lecz

więc

.

po każdym posiłku

macam żebra

rękami

.

skórę i ciało

w palce ujmuję

i sprawdzam

.

czekam na tego

który mnie zje

i chciałbym gdy przyjdzie

go zadowolić

.

tak jak mu się podoba

gdy ja spokojny

przyjmuję pożywną strawę

dla mnie przez niego przeznaczoną

.

.

.


.

.

.

jak wiersze niedokończone odrzucone

jak myśli które nie mogą

zejść wejść po drodze odczucia

błogosławiony błysk wiatru unicestwiający mgłę

który porywa przenosi i cichnie

a my twarzą tam skierowani

jesteśmy na powrót ściągani

przed nami następuje mgła

.

.

.


.

.

.

przebij płomień świecy

i wyciągnij przewleczoną przez ucho

tę zwyczajną ciemną niszę

gotycki otwór strzelniczy i studnię

w murze jak chiński

.

nie płomień od knota stearyna

ujrzyj ogień

.

zmienia jarzenia

statuetka Marii Panny

zakapturzony ktoś

skalpel

zaczątki piramidy

ampułka

kopce termitów

ołtarze w Meksyku

.

posłanie zaczyna obrastać

w galeryjkę z kiji

żerdzi jak grabowe

podług brzegu

suną lekko kule lub plastry

opierając się na ogrodzeniu z gałęzi

chwytając miękko i elastycznie brzeg legowiska

jak od wewnątrz gumowymi łapkami

suną plastry lub kule

jakbym miał poznać sposób leczenia

.

lewa strona ciała leżącej

na wznak kobiety lub mojego

noga zgięta w kolanie ręka pod głową i łokieć ku górze

rozwarstwiła się na dwoje

ukazał się rękopis na wewnętrznej warstwicy

.

.

.


.

.

.

zejść tak zejść

tak się wyciszyć

tak się całkiem wyciszyć

żeby tylko

cień cienia

.

i zmieniać oświetlenia

.

.

.

.

.



%d blogerów lubi to: